Warning: mysql_result(): supplied argument is not a valid MySQL result resource in /home/hendryko/www/wrock.pl/include/class/meta.class.php on line 98
Relacja Wrocław Rock Portal
User:
Hasło:
   Zapamiętaj mnie
 
 
> Szybka rejestracja
> Zapomnialem hasla

+ Dodaj koncert, wydarzenie


Najbliższe patronowane koncerty

Losowi użytkownicy

XocinukA528 chasemb24
luteranie2 Cynthiasbb
Cristinamxq Yasminnejuz

Reklama





Relacja z koncertu Satyricon w W-Z

Dodany przez: uzi , dnia 2008-12-13 Przeczytano 1058 razy.


Data: 8 grudnia 2008
Miejsce: Wrocław, klub W-Z
Zespoły:Satyricon, Zonaria



Od momentu mojego pojawienia się na placu Wolności ok. 19:30 przed W-Z ciągnął się długi ogonek ubranych w skóry postaci. Kolejka posuwała się jednak żwawo do przodu, tak że do sali koncertowej bez pośpiechu wszedłem jeszcze na dłuższą chwilę przed usłyszeniem pierwszych dźwięków, które rozdarły powietrze punktualnie o 20:00.

Pierwszym wykonawcą był szwedzki skład Zonaria. Jeden z jego gitarzystów nieco przypominał z rysów twarzy Nergala, zaś muzyka, którą wykonywał ze swymi koleżkami, nosi pewne podobieństwo do (tych nowszych) utworów Behemotha. Co więcej, Szwedzi równie dobrze jak ich krajanie z Amon Amarth czy nasi rodzimi bluźniercy z Gdańska prezentują się w synchronicznym windmillu. Przy bliższym przyjrzeniu się podobieństwa jednak się kończą. Muzyka Zonarii jest dużo bardziej melodyczna niż Behemotha, a tematy tekstów nie prowokują do wywoływania tanich skandali. Przeciwnie, szwedzka ekipa nawiązała niezły i dość sympatyczny kontakt z gęstniejącą z wolna pod sceną publicznością.

Scena zaś prezentowała się następująco: na środku stał (nie do końca zmontowany, jak się później okazało) okazały drumkit Frosta przesłonięty płachtą z motywem graficznym z okładki najnowszego albumu Zonarii, po lewej banner z logo Satyriconu, po prawej - banner z profilem demonicznego brodacza, zapewne Nerona. Przed tym ostatnim zmieścił się z trudem perkusista Zonarii, a na przedzie stało trzech gitarzystów. Odziani byli na czarno, z a'la-kuloodpornymi kamizelkami opiętymi na przeraźliwie, jak na death-bądź co bądź-metalowców, chudziutkich przedramionach.

Czterdziestominutowy występ był przyjemny i dobrze udźwiękowiony. Muzycy prezentowali głównie materiał z nowszej ze swych dwóch płyt, The Cancer Empire. Nieco melodyczniejsze niż utwory ze starszego krążka, łatwo wpadały w ucho i podrywały publiczność do entuzjastycznych podrygów. Wśród kompozycji zagranych na koncercie warto z nazwy wymienić na poły balladową Rendered in Vain oraz The Armageddon Anthem z poprzedniej płyty Infamy and The Breed.

Frontman Zonarii kończąc występ pytał retorycznie, "Do you want to see Satyricon?" Sugerowało to, że drugi pojawiający się w zapowiedziach koncertu support, Evile, nie pojawi się. Tak też się stało - moim zdaniem dobrze, ponieważ (odcinając się od oceny dorobku kapeli jako takiej, który byłby mało obiektywny) kapela thrashowa pomiędzy Zonarią a Satyriconem pasowałaby nader kiepsko.

Inna rzecz, że przy długości przerwy, jaką nam zafundowali technicy, traci się ciągłość postrzegania koncertu i równie dobrze mógłby pojawić się na scenie kwartet smyczkowy z wykonaniem Vivaldiego. Panowie biegali po scenie z fragmentami jednej i drugiej perkusji, znosząc banner Zonarii, wnosząc mikrofon Satyra, a czas mijał. Entuzjazm sali wzbudziło zdjęcie płachty osłaniającej ten ostatni sprzęt, gdy okazało się, że stojak ozdobiony jest gigantyczną literą Y z logo zespołu. Przerwa potrwała kolejne 40 minut - około 21:20 sztuczny dym zgęstniał już wystarczająco, by przygasić światła i puścić z głośników jakieś bliżej niezidentyfikowane intro.

Tak zaczęła się najbardziej emocjonująca część wieczoru. Satyr, Frost i wspierający ich muzycy koncertowi przez półtorej godziny wyciskali z publiczności niekończące się pokłady brutalności i niesamowitej energii. Co ważne i znaczące, działo się to bez specjalnego zadęcia i napuszenia: Satyr nie potrzebuje długich piór, wymyślnego outfitu i corpsepaintu, by ukazać demoniczną stronę swego ja. Okazuje się bowiem, że krótka fryzura, prosta, ciemna koszula i brak wyraźnego makijażu przez swą prostotę dają drugie dno i zwielokrotnioną siłę wyrazu mrocznym minom, które wokalista stroił przez cały występ. Z oczywistych względów jego postać ogniskowała całą uwagę publiczności - nikt nie przejmował się istnieniem instrumentalistów, a Frost był chyba zupełnie niewidoczny przez cały występ, z racji monstrualności swej perkusji.

Pierwsze uderzenie było mocne - aż nazbyt: przy Possessed z głośników runęła ściana nierozróżnialnych dźwięków. Stopniowo wyłonił się z nich głos Satyra, a przy drugim utworze - The Wolfpack - dźwięk wrócił do swej normalnej dla W-Z wysokiej jakości. Ten zresztą utwór był chyba najbardziej żywiołowo przyjętym z zaprezentowanych - podczas tych kilku minut można było odnieść wrażenie, że klub ruszał się w posadach, zwłaszcza podczas refrenów, którego słowa publiczność wykrzykiwała razem z Satyrem (co w zasadzie było regułą przy większości kompozycji). Komunikacja z charyzmatycznym liderem Satyriconu była doskonała - wielokrotnie chwalił entuzjazm publiki i wspominał poprzedni koncert we Wrocławiu, podczas trasy promującej poprzedni album - Now, Diabolical.

Ten album, jeszcze wcześniejszy Volcano oraz oczywiście najnowszy The Age of Nero dostarczyły znacznej większości materiału na koncert. Układając setlistę, zespół nie sięgnął niestety dalej, niż do Nemesis Divina - zagrali z niego norweskojęzyczne Forhekset i Du Som Hater Gud, a także swój monumentalny hymn, żelazny ostatni punkt programu - Mother North. Poza tym znalazł się jeden utwór z Rebel Extravaganza - Havoc Vulture.

Niewątpliwie jednak najbardziej oczekiwane były kompozycje z najnowszego krążka. Poza wymienioną The Wolfpack, były to jeszcze Black Crow On A Tombstone, My Skin Is Cold w wersji albumowej oraz Die By My Hand. Przy tej ostatniej Satyr po raz pierwszy schwycił gitarę by zagrać kilka solówek, i nie wypuszczał jej z dłoni przez następne utwory: Du Som Hater Gud i The Pentagram Burns. Potem - o 22:25 - muzycy po raz pierwszy na ponad pięć minut zeszli ze sceny.

Nawoływani bez specjalnego entuzjazmu (w końcu ich powrót na bisy był oczywisty) zagrali jeszcze największe hity z dwóch poprzednich albumów - K.I.N.G. i Fuel For Hatred, przy których publiczność moshowała jak gdyby koncert dopiero się zaczął. O 22:40 na chwilę zniknęli znów, ale znów wiadomo było, że wrócą - w końcu nie zagrali jeszcze Mother North. Aby więc konieczności stało się zadość, wychynęli z ciemności po raz już ostatni, Satyr uniósł do góry rogaty mikrofon, tłum zaintonował partię chóralną, kapela majestatycznie odegrała ostatni utwór, i wszyscy rozeszli się pod bar i do domów.

Koncert bardzo, ale to bardzo solidny. Świetnie udźwiękowiony - poza wpadką przy Possessed i zupełnie nielicznymi sprzęgnięciami bez zarzutu, przynajmniej w tych częściach sali, gdzie zdarzało mi się przebywać. Tyle tylko, że raczej nie miał szans przerosnąć mocno wygórowanych oczekiwań, tak że - przynajmniej w moim przypadku - pozostał pewien trudny do określenia niedosyt. Konkretnych zarzutów jednak nie sposób mieć i można wyłącznie marzyć, żeby więcej koncertów było tak dobrze przygotowanych.

SETLISTY:

ZONARIA (niekompletna)
Crowning King Cancer
The Armageddon Anthem
At War With The Inferior
Contra Mundum
From the abysmal womb
Rendered In Vain

SATYRICON
Possessed
The Wolfpack
Now, Diabolical
Black Crow On A Tombstone
Havoc Vulture
Forhekset
My Skin Is Cold
With Ravenous Hunger
Die By My Hand
Du Som Hater Gud
The Pentagram Burns
K.I.N.G.
Fuel for Hatred
Mother North

Profil autora w last.fm


Autor: uzi

Komentarze

»
Opinie na temat wydarzenia.
Nikt jeszcze nie komentował tej strony.

Dodaj komentarz

»
Podziel się swoją opinią.
Nick:
Musisz wypełnić to pole
E-mail:
Musisz wypełnić to pole
Komentarz:
Musisz wypełnić to pole

Musisz wypełnić to pole